Type Keyword and Press Enter to Search
×
kolor liliowy, liliowa sukienka, lawendowy kolor, liliowy stylizacje

TREND ALERT: LILAC

Na wybiegach pojawiał się nierzadko już w 2018 roku - ulubili go sobie między innymi Michael Kors (propozycja z długim swetrem z obrazka nagłówkowego), Tom Ford, czy Roberto Cavalli. Nie zabrakło go również na pokazach Victorii Beckham, która wykorzystała go ubierając modelki w klasyczne garnitury i zwiewne sukienki. Mowa oczywiście o kolorze liliowym, czyli najmodniejszym tego roku odcieniu fioletu!


Jeszcze kilka miesięcy temu większość masek które miałam gdzieś poupychane na łazienkowych półkach tylko leżała i się kurzyła. Od czasu do czasu nachodziła mnie ochota żeby jakiejś spróbować, ale w większości nie lubiłam rytuału nakładania maski. Po co to. Nuda! Być może chodziło o to, że żadna z nich nie była wystarczająco skuteczna żeby zadowolić mnie i moje oczekiwania. Być może, bo obecnie bez masek nie mogę żyć! Najchętniej nakładałabym je codziennie, a już całkowicie realnie maseczkowy rytuał ma u mnie miejsce minimum 4 razy w tygodniu. Pisałam Wam jakiś czas temu, że często w ten sposób rozpoczynam pracę - kawa, śniadanie, ubieranie, poranna toaleta i.. maska. Tak samo zresztą jest dziś - piszę do Was z różową Coco Wow na twarzy, o której za sekundę dowiecie się więcej. O niej i o dwóch innych maskach, które uważam za najlepiej oczyszczające jakie znam!


Najlepsze oczyszczające maseczki do twarzy



1. GlamGlow SuperMud
Żaden testowany przeze mnie produkt GlamGlow jeszcze mnie nie zawiódł, a maska oczyszczająca SuperMud to dla mnie kosmetyk-odkrycie! Według producenta to najbardziej zaawansowana naukowo maska GlamGlow, która błyskawicznie zwalcza najczęstsze problemy skóry twarzy, zwęża pory i pozostawia cerę w dużo lepszej kondycji. Czy tak jest naprawdę? Sto razy tak! Maska SuperMud ma w składzie między innymi połączenie 6 kwasów AHA i BHA oraz węgiel aktywowany , przez co nie polecałabym jej do cery wrażliwej - sama aplikacja nie należy do najprzyjemniejszych, bo po nałożeniu produktu skóra mocno piecze. Ale co dzieje się później? Pory zostają widocznie zwężone, cera jest o wiele gładsza, jaśniejsza, a krostki wysuszone. Po kilku aplikacjach różnica w kondycji skóry twarzy jest naprawdę duża. Maskę można też nakładać punktowo i w zasadzie mnóstwo osób stosuje ją wyłącznie w ten sposób lub w miejsca strefy T, żeby nie podrażniać reszty twarzy. Ja kończę pierwsze, maleńkie opakowanie tego cuda i przymierzam się do kupna pełnowymiarowej wersji - jest naprawdę warte swojej ceny!




2. HelloBody Coco Wow 
Wygląda całkiem niepozornie ze względu na swój delikatny, jasno różowy kolor, ale nic bardziej mylnego - Coco Wow od HelloBody to jedna z najbardziej skutecznych masek, jakie miałam okazję testować. Różową barwę zawdzięcza francuskiej różowej glince, czyli jednemu z głównych składników, który razem z kaolin (białą glinką) wchłania nadmiar sebum i toksyny. Dodatkowo dzięki ekstraktowi z magnolii maska ma właściwości antybakteryjne. Podczas aplikacji, podobnie jak w przypadku poprzedniczki, nieuniknione jest uczucie szczypania. Moje wrażenia po zmyciu? Wydaje się, jakby maska "wyciągnęła" ze skóry cały brud jaki w niej siedział (wybaczcie dosłowność - inaczej się nie da), przyspieszając tym samym proces gojenia wszelkich niedoskonałości. Cera jest oczyszczona, promienna, miła w dotyku i zupełnie nie towarzyszy temu uczucie ściągnięcia. 




3. Origins Clear Improvement Mask
Tę maskę poznałam jako pierwszą z trzech, o których dzisiaj piszę - przyszła do mnie wraz z dwiema siostrami o zupełnie innym, bo nawilżającym działaniu. Składem nie odstaje znacząco od poprzedniczek - zawiera węgiel drzewny, który pochłania zanieczyszczenia oraz białą glinkę, która wspomaga oczyszczanie absorbując sebum. Mam wrażenie, że Origins Clear Improvement Mask ze wszystkich przedstawionych dzisiaj pozycji działa najdelikatniej, przez co mogą sięgnąć po nią posiadaczki wrażliwszej skóry. Moje wrażenie od razu po zmyciu tej maseczki (co wcale do najprostszych zadań nie należy - usuwanie jej jest czasochłonne i zlewobrudzące ;)) to przede wszystkim świeżość, którą uwielbiam, ale i jasna, czystsza cera gotowa do aplikacji kremu, a następnie makijażu. 
  


To jak, na którą macie największą ochotę? ;)


Lato to dla mnie wolność - zwiewne tkaniny, odkrywające stopy buty i dużo ubraniowych eksperymentów. No i lody oczywiście, ale to temat na odrębny wpis. ;) Nie wyobrażam sobie upalnych dni bez sukienek, a te w kwiaty są jednymi z tych, które zasłużyły na tytuł moich ulubionych. Zresztą pisałam Wam o tym w poście Trend Alert - Sukienki w kwiaty - kwiatowy wzór jest nie tylko niewyobrażalnie kobiecy, ale i ponadczasowy - przewija się od lat na wybiegach, ulicy i w sieciówkach. Ale przejdźmy do dzisiejszego looku! 

Asymetryczna maxi w kwiaty marki Orsay była moją miłością od pierwszego wrażenia, ale zależało mi żeby odczarować odrobinę jej nieco poważny charakter i trochę ją unowocześnić. Z pomocą przyszedł szeroki pasek na talię z genialną, panterkową klamrą (zwierzęce wzory nadal mają się dobrze!) i czarna torebka z uchwytem z koralików. To w ogóle jedna z torebek w których podoba mi się absolutnie wszystko i kiedy ją zobaczyłam, wiedziałam że musi zagościć w mojej szafie. Drobne akcenty typu pasek, czy torebka sprawiają, że stylizacja przechodzi na zupełnie inny poziom i dokładnie tak jest w tym przypadku - bez dodatków nie byłaby taka sama! Jeśli chodzi o buty, zdecydowałam się na klapki na grubym słupku z przeplatającymi się szerokimi paskami z przodu. Całą stylizację skomponowałam z produktów marki Orsay - zobaczcie co mi wyszło!


sukienka - Orsay (klik)
pasek - Orsay (klik)
torebka - Orsay (klik)


*post powstał przy współpracy z marką Orsay.
Jo Malone French Lime Blossom, witaminowa baza Bobbi brown, pixie glow tonic gel, smash box photo finish

Już prawie lipiec, a ja dopiero zabieram się za uzupełnianie majowo-czerwcowych zaległości. Mowa o moich kosmetycznych ulubieńcach oczywiście, a ostatnie dwa miesiące to co najmniej kilka ge-nial-nych produktów, które zostaną ze mną na dłużej. Poza tym w pierwszej połowie czerwca miałam okazję skorzystać z zabiegu, który bardzo pozytywnie mnie zaskoczył. Mam na myśli mezoterapię igłową, czyli mówiąc prościej - ostrzykiwanie twarzy preparatem czystego kwasu hialuronowego. Taki zabieg ma na celu przede wszystkim nawilżyć skórę twarzy (ale nie tylko, bo można go wykonywać także na szyję, dekolt, czy skórę głowy), ujędrnić ją i sprawić, że będzie wyglądać zdrowo, młodo i pięknie! Nie spodziewałam się cudów po jednym zabiegu, a jednak miło się zaskoczyłam - jak tylko obrzęk zszedł z twarzy (po 4/5 dniach od zabiegu wyglądałam już całkiem normalnie), zobaczyłam, że cera jest dużo bardziej rozświetlona niż była - okolice dołków pod oczami wyglądały ładniej i, choć pani doktor, która wykonywała zabieg uprzedzała, że raczej nie mam co liczyć na zniknięcie zmarszczek mimicznych - te stały się dużo mniej widoczne. Kończąc swój wywód powiem tyle - mezoterapia działa! A teraz już przedstawiam Wam moje beauty essentials czyli kosmetycznych ulubieńców maja i czerwca!


1. Jo Malone French Lime Blossom
Mój hit hitów maja i czerwca, czyli kwiat lipy zamknięty w szklanym flakonie. Nie znam bardziej świeżego zapachu niż French Lime Blossom, a na pewno nie bardziej kwiatowo-świeżego. Pomimo, że przy pierwszym powąchaniu nie byłam pewna czy się polubimy, każde kolejne zacieśniało naszą więź, a dziś zdałam sobie sprawę, że z kilkoma małymi wyjątkami calutki czerwiec przepachniałam właśnie tymi perfumami! Jestem absolutnie uzależniona i stwierdzam, że zdecydowanie potrzeba mi było świeżości na zapachowej półce. To na pewno nie są perfumy dla każdego, bo ta "zieleń" zapachu może irytować, ale ja uwielbiam czuć ją na sobie przez cały dzień - bo pomimo lekkości, jest  bardzo trwała.

2. Pixi Glow Tonic Cleansing Gel
Glow Tonic od Pixi to chyba mój pielęgnacyjny kosmetyk wszech czasów, a Pixi Glow Tonic Cleansing Gel jest genialnym uzupełnieniem kuracji kwasem glikolowym. To dla mnie duet idealny i nie znam skuteczniejszej artylerii w walce z niedoskonałościami. Jak tylko jacyś nieproszeni goście pojawiają się na mojej cerze, seria kosmetyków z kwasem glikolowym od Pixi radzi sobie z nimi w przeciągu kilku dób. Poważnie, do tej pory to jedyne produkty jakie poznałam, które tak SZYBKO i SKUTECZNIE pomagają mi pozbyć się krostek na twarzy, dlatego jeśli zastanawiacie się czy Glow Tonic i Glow Tonic Gel są warte swojej ceny, podpowiadam - SĄ!

3. Bobbi Brown Vitamin Enriched Face Base
Jestem posiadaczką cery mieszanej w kierunku tłustej i obecnie szaleję za maksymalnie rozświetloną skórą. Możecie się domyślić, że to nie lada wyzwanie znaleźć produkt, który nada cerze pięknego glow, a jednocześnie nie spowoduje, że po kilku godzinach noszenia makijażu będzie się ona niemiłosiernie świecić. Świecić w ten "zły" sposób oczywiście. Witaminowa baza Bobbi Brown to potrafi - wyczarowuje zdrowo wyglądającą, promienną cerę. Pięknie rozświetloną i bez efektu tłustości przez cały dzień. Makijaż, w tym nawet najlżejszy podkład świetnie się na niej trzyma i jest w stanie przetrwać większość moich wyjść. Do tego ten zapach... baza pachnie cytrusami, na punkcie których można oszaleć. No, przynajmniej ja szaleję ;) Opakowanie produktu wyglądem przypomina krem (no właśnie, bo bazę można używać również jako krem), ale nie jest dla mnie do końca praktycznie, bo przy nakładaniu baza wchodzi pod paznokcie. Mimo wszystko, to mały szczegół, którzy na tle całej reszty można wybaczyć.

4. Clarins Bronzing Compact
Cudowne (i cudownie pachnące!) trio zamknięte w jednym produkcie - bronzer, rozświetlacz i róż, które można nakładać pojedynczo lub łączyć ze sobą. Pozwala uzyskać efekt pięknej opalenizny, lub lekko muśniętej słońcem skóry - w zależności od ilości zaaplikowanego produktu. U mnie idealnie sprawdza się nałożony na nierówno opalone miejsca na szyi lub jako puder do konturowania. Nie żebym nie nakładała go na całą twarz...

5. Smashbox Photo Finish Radiance Primer
Druga z moich ulubionych baz pod makijaż czyli Smashbox Photo Finish Radiance Primer. Dzięki bursztynowym i brązowym drobinkom nadaje twarzy ładny, brzoskwiniowy odcień. Jest idealna żeby optycznie opalić skórę przed nałożeniem kolejnych warstw. Do tego cudnie nawilża, wygładza i trzyma makijaż. Kolejny plus za aplikację, która dzięki opakowaniu jest łatwa - nie muszę martwić się, że przesadzę z ilością produktu, przez co niepotrzebnie go nie marnuję.

6. Delia LUMI & HEALTHY Natural Radiance Hydrating Foundation
Dostałam ten podkład w paczce PR i muszę przyznać, że początkowo byłam do niego sceptycznie nastawiona. Warte polecenia podkłady z niższej półki cenowej jestem w stanie zliczyć na palcach jednej ręki, serio. Testowałam wiele różnych podkładów - takie za 15 złotych i takie za 150 i choć absolutnie nie uważam, że tańsze równa się gorsze, to z podkładami niestety zazwyczaj tak u mnie było. Ten rozświetlająco-nawilżający z Delii tak mnie zaskoczył, że trafił na listę moich absolutnych ulubieńców. Po pierwsze - kolor. Z ciemniejszymi odcieniami podkładów jest u mnie zwykle tak, że albo są zbyt różowe, albo zbyt pomarańczowe. Naprawdę ciężko mi znaleźć takie, które nie będą się odznaczać. W przypadku tego podkładu kolor 12 Nude Beige był dla mnie strzałem w 10. Jest całkiem podobny do odcienia mojej opalenizny i nie ma w nim za dużo różowych, ani pomarańczowych tonów. Po drugie - wykończenie. Po aplikacji tego podkładu gąbką, cera wygląda na turbo gładką (powiedziałabym - gładszą niż w rzeczywistości;)) i jeszcze bardziej rozświetloną! Dodatkowo, podkład dobrze kryje, a krycie można w tym przypadku stopniować. Nie narzekam również na jego trwałość - po całym dniu nadal utrzymuje się na mojej cerze. Podsumowując - rozświetlająco-nawilżający podkład z Delii to dla mnie idealne rozwiązanie na lato, kiedy jedyny słuszny makijaż to pełne glow i zero matu!

7. Isadora Bronzing Brush
Ostatni punkt na liście moich majowo-czerwcowych ulubieńców to pędzel do bronzera z Isadory. Za dużo o nim pisać nie muszę - jest po prostu idealny do nakładania pudrów bronzujących, bez których latem ani rusz. Takiego pędzla bardzo mi brakowało i odkąd trafił do mojej pędzlowej rodziny, używam go dzień w dzień. Jest wykonany z delikatnego, syntetycznego włosia i dzięki swojemu kształtowi idealnie sprawdza się zarówno przy konturowaniu, jak i aplikowaniu produktu na całą twarz.


A Ty, bez czego nie możesz żyć tego lata? ;)


Jeśli mnie znacie wiecie, że moim ubraniowym przepisem na sukces jest już od dawna klasyka. Kiedy nie wiem co założyć wybieram biały t-shirt, jeansy i czarną marynarkę. Od czasu do czasu koszulkę z krótkim rękawem zamieniam na białą koszulę, a zamiast jeansów zakładam dzwony albo cygaretki. Żeby nie było - zdarza mi się zaszaleć i ubrać wszystkie kolory tęczy, ale takie looki zwykle planuję z wyprzedzeniem. ;) Brakowało mi jednak w szafie czegoś z pazurem - ubrań, które będę mogła nosić na co dzień, które będą pasować do wielu rzeczy, ale przy tym będą miały w sobie "to coś", pazur, być może trochę rocka? ;) Moje serce zaczęło bić szybciej kiedy zobaczyłam tę czarną kurtkę z frędzlami- jest z Orsay'a (klik) i odkąd dołączyła do mojej kolekcji okryć wierzchnich, mam ochotę nosić ją codziennie! W połączeniu z sukienką w zwierzęcy wzór (animal print to mój ukochany trend od lat!) daje genialne, festiwalowe połączenie. Sukienka też jest z Orsay'a (klik) - ma świetny, kobiecy krój i miły, lejący materiał. No i ten kolor!

W wersji mini, midi i maxi; dopasowane lub zwiewne - sukienki w kwiaty zdecydowanie należą do tych ponadczasowych. Poprzedni sezon letni mocno to zaakcentował, a i w tym niewiele się zmieni - między innymi dlatego, że kwiatowy wzór bez przerwy lansują topowe domy mody. Nic zresztą dziwnego, sama uwielbiam sukienki w kwiaty - jakie inne pozwalają poczuć się tak kobieco? ;) Dziś przygotowałam dla Was zestawienie najpiękniejszych modeli sukienek w kwiaty dostępnych w sieciówkach i za wczasu ostrzegam - będziecie miały w czym przebierać! Jeśli jednak moje propozycje nie wystarczą, zajrzyjcie do katalogu sukienek w kwiaty Domodi (klik). Nic Wam to nie mówi? Domodi jest największą wyszukiwarką modową w Polsce - to portal w którym znajdziecie mnóstwo produktów z różnych sklepów internetowych. Wszystko w jednym miejscu - posegregowane tak jak Wam wygodnie. To jak, gotowe?

Trend alert: Sukienki w kwiaty!






















Pull&Bear 99,90 pln


Który model podoba Wam się najbardziej?
Smashbox Crystalized Collection, Smashbox x The Hoodwitch, rozświetlacz smashbox

Dziś będzie inaczej niż zwykle - postanowiłam bowiem zrobić eksperyment i podzielić się z Wami jednym z moich ostatnich makijaży! Dotychczas zdjęcia make-upów przeznaczałam wyłącznie na Instagram (z małym wyjątkiem, bo około rok temu wstawiłam na bloga mój sposób na rozświetloną cerę), ale tutaj mam większe pole manewru jeśli chodzi o tekst, dlatego zaryzykuję. Oprócz zdjęcia które widzicie powyżej, będzie lista użytych kosmetyków i instrukcja krok po kroku. Chodźcie, opowiem Wam jak powstał makijaż inspirowany kolekcją The Crystalized Smashbox x The Hoodwitch! 


Smashbox x The Hoodwitch Crystalized Collection


Zacznę może od samej kolekcji - to był swoisty strzał w dziesiątkę w moim przypadku, bo z roku na rok jestem coraz większą sroką i kocham w makijażu wszystko co błyszczące. Serio, mogłabym chodzić obsypana brokatem, to by było coś. Kolekcja Smashbox The Crystalized to kolaboracja marki z The Hoodwitch, czyli Bri Luną - kalifornijską wróżką, założycielką wspólnoty poświęconej tworzeniu codziennej magii dla współczesnych mistyków. Ostatnie słowa skopiowałam z informacji prasowej, albowiem zupełnie nie czuję tych klimatów, więc za bardzo nie zagłębiałam się w temat. Ale sama kolekcja, w całości inspirowana kryształami to jakaś bomba! I rzeczywiście - niektóre z produktów, a raczej cuda jakie potrafią zdziałać, najłatwiej opisać słowem 'magia'. :) 



Makijaż inspirowany kolekcją Smashbox Crystalized (Smashbox x The Hoodwitch)


Smashbox Crystalized Collection, Smashbox x The Hoodwitch, rozświetlacz smashbox


1. Smashbox Crystalized Photo Finish Primer Water
Czyli baza w formie sprayu. Ułatwia aplikację kosmetyków, ale można ją stosować również jako wykończenie całego makijażu oraz w ciągu dnia. Błyskawicznie nawilża i koi skórę, dodając jej blasku. W przypadku makijażu który widzicie powyżej, bazę użyłam na oczyszczoną, nawilżoną cerę na samym początku, dopiero później nakładałam makijaż. 

2. Smashbox Crystalized Shimmer Drops
Mój ulubiony produkt z całej kolekcji, na punkcie którego totalnie przepadłam! Crystalized Shimmer Drops to rozświetlacz w płynie o opalizującym połysku inspirowanym kamieniem księżycowym. To co on robi na mojej twarzy jest naprawdę WOW. Kilka kropel produktu wymieszałam z podkładem (użyłam Revlona Colorstay w kolorze 150 Buff połączonego z moim ulubionym kremem CC Embryolisse), a później dodałam też trochę solo w miejsce kości policzkowych i na czubek nosa. Oszalałam na punkcie tego koloru, musicie go mieeeeć!

3. Smashbox Crystalized Always On Liquid Eye Shadow 
Na powiekach nie mam nic poza płynnym cieniem w kolorze Bronzite Bruja (delikatny brąz z ciepłą perłą inspirowany bronzytem). To chyba mój pierwszy raz płynną formułą cieni do powiek, ale myślę że poradziłam sobie na 5+! Rzęsy pomalowałam tuszem z Clarins - Wonder Perfect Mascara 4D. Do brwi użyłam natomiast cieni z paletki Clarins Ready in a Flash.


4. Smashbox Crystalized Highlighter
Kolejny śliczny rozświetlacz, tym razem w kamieniu (można nakładać go także na mokro). Występuje w jednym odcieniu - Opti-Mystic i według producenta jest to ciepły brzoskwiniowy opalizujący odcień, dla mnie ten kolor bardziej wpada w różowe, niżeli brzoskwiniowe tony, ale jest śliczny! Nalożyłam go w wewnętrzne kąciki oczu i odrobinę na kości policzkowe dla wzmocnienia efektu blasku :) Jeśli chodzi o kontur twarzy, użyłam bronzera z mojej ulubionej paletki Isadory 5in1. 


5. Smashbox Crystalized Always On Metallic Matte Liquid Lipstick
Na ustach mam trwałą, matową pomadkę w płynie w kolorze Feminystic (odcień nude z różową perłą inspirowany różowym turmalinem), a że nie miałam tego dnia ochoty na mat, nałożyłam na nią transparentny błyszczyk i na sam koniec odrobinkę Crystalized Shimmer Drops, czyli tego cudnego rozświetlacza w płynie (tak, jest też przeznaczony do wykończenia makijażu ust!). I... to chyba tyle! 


Co sądzicie o takim makijażu?



Dziś przybywam do Was z propozycjam pomadek do ust na wiosnę i lato i ostrzegam - to będzie miks! Złożony przede wszystkim z nawilżających, bo to formuła jaką ostatnio ulubiłam sobie najmocniej - chyba przejadły mi się maty, bo używałam ich nieprzerwanie dobre dwa lata, ale i matowe opcje się znajdą! Trochę nowości i trochę pomadek, które towarzyszą mi od dawna o każdej porze roku ;) Chodźcie!



isadora pomadka, Isadora perfect moisture lipstick, Isadora tender peach

1. Isadora Perfect Moisture Lipstick 209 Tender Peach
Living coral czyli kolor tego roku według Pantone - nigdy nie spodziewałam się, że tak polubię koralowe usta! To jeden z ładniejszych odcieni jakie odkryłam w tym roku - kolor nazywa się Tender Peach, choć z brzoskwinią bardzo dużo wspólnego nie ma. Niesamowicie odpowiada mi formuła tej pomadki - jest na maksa nawilżająca, ale przy tym potrafi przetrwać kilka godzin i nie muszę poprawiać jej za każdym razem kiedy piję.


origins blooming bold, sweeter than honey, pomadka origins

2. Origins Blooming Bold Lipstick Sweeter than honey
O, a to moje kosmetyczne odkrycie roku - nudziak, którego szukałam całe swoje życie (powaga;)), praktycznie wcale nie odznacza się od mojego obecnego koloru skóry, jest idealny. Mocno nawilża i pachnie obłędnie, bowiem pochodzi z nowej, w 100% kwiatowej serii pomadek Origins, która zresztą w całości jest genialna! Dla mnie idealny odcień nude to must have wiosną. i latem!






MAC Russian Red, pomadka MAC

3. MAC Russian Red
Klasyk w kategorii pomadek - krwisto czerwony kolor od MAC o matowym wykończeniu. Odcień jest na tyle genialny, że używam tej pomadki nieprzerwanie od lat i wciąż żadna inna czerwień nie zdołała jej przebić. Jeśli szukacie czegoś o wybitnej trwałości i matowej formule - to jedyny słuszny wybór! ;) Russian Red będzie latem pięknie zgrywać się z białymi sukienkami, koszulami, czy jeansem - pasuje do wszystkiego i najprostszej stylizacji zafunduje efekt WOW.


rouge dior, rose Montaigne

4. Dior Rouge Dior Lipstick Rose Montaigne
Mocno nawilżająca i jednocześnie trwała - taka jest pomadka Rouge Dior. Odcień Rose Montaigne to delikatny, w ogóle nieinwazyjny nudziak wchodzący w różowawe tony. Nie podkreśla suchych skórek i dzięki składnikom pielęgnacyjnym poprawia ogólną kondycję warg. To jeden z moich top kolorów - używam od kilku lat i nie wyobrażam sobie lata bez niej!


origins black tulip, origins blooming bold

5. Origins Blooming Bold Lipstick Black Tulip
Pora na coś ciemniejszego - bo kto powiedział, że bordo i burgund są przeznaczone wyłącznie na jesienne dni? Origins Blooming Bold to nowa kolekcja 24 pomadek inspirowana pięknem kwiatów (w każdej z nich zamknięto składniki pochodzące z 12 różnych kwiatów). Wszystkie pomadki w pełni kryjące i nawilżające. Jednego z moich ulubieńców przedstawiłam Wam na początku (kolor Sweeter than honey), pora na mój numer 2 - kolor Black Tulip czyli bordo wchodzące po trochu w brąz i fiolet. Wygląda przepięknie na ustach i całkowicie pasuje do wiosennych trenczy, czy kolorowych t-shirtów.



Bourjois Rouge Edition Velvet 16 Honey Mood, brzoskwiniowa pomadka

6. Bourjois Rouge Edition Velvet 16 Honey Mood
Rouge Edition Velvet od Bourjois to kultowa seria matowych pomadek w płynie. Ale od razu mówię - nie jest to mat jaki znałam ja. Ten jest dużo delikatniejszy, lżejszy, nosi się go bardzo przyjemnie, bez uczucia skorupy i wysuszonych ust. Jestem absolutnie zakochana w tej formule, bo pomadki praktycznie nie czuć na ustach. Honey Mood to najpiękniejszy brzoskwiniowy odcień jaki znam, a intensywność koloru można stopniować w zależności od ilości nałożonych warstw. Żadna pomadka nie kojarzy mi się z latem tak mocno jak ta!






Isadora Lip Desire Sculpting Lipstick Praline, pomadka isadora

7. Isadora Lip Desire Sculpting Lipstick 52 Praline 
Moja wybór na co dzień czyli Lip Desire Sculpting Lipstick 52 Praline - modelująca pomadka podkreślająca kolor ust. Lubię w niej to, że odcień jest bardzo naturalny i nie różni się znacząco od odcienia warg. Ale nie, nie jest to w żadnych wypadku nudziak - pomadka jest dużo ciemniejsza. Isadora ułatwiła nam aplikację produktu dzięki specjalnie wyprofilowanej końcówce. Must have o każdej porze roku!




Jaki kolor wybieracie na lato?

Kwiecień to miesiąc w którym w nawyk weszły mi poranne rytuały pielęgnacyjne - wstaję, piję kawę, nakładam maseczkę i zabieram się za pracę. Gdzieś tam po drodze oczywiście śniadanie, mycie zębów i inne nudne czynności ;) (ok, żartuję, jedzenie wcale nie jest nudne!), ale cieszę się bo takie dbanie o siebie, nawet jeśli w trakcie są obowiązki, jest mega fajne. I moja cera zdecydowanie mi za to dziękuje, bo kilka miesięcy wstecz była w dużo gorszej kondycji. Ale wróćmy do tematu, czyli moich kosmetycznych ulubieńców kwietnia! Zapraszam do lektury ;)


1. Clarins Instant Poreless Primer

To produkt, który z całego dzisiejszego zestawienia testowałam najkrócej - bazę Clarins Instant Poreless miałam na twarzy dosłownie kilka razy, ale całkowicie mnie sobą oczarowała! Być może efekt wow to częściowo kwestia tego, że baz mam bardzo niewiele i nie używam ich często, właśnie dlatego że nie trafiłam na nic wartego uwagi. Tutaj zakochałam się już przy pierwszym użyciu - baza ma za zadanie matowić cerę i znacznie ją wygładzać, dzięki czemu pory będą dużo mniej widoczne. Ach, no i jeszcze jedno - przedłużać trwałość makijażu. Efekt dokładnie taki jak obiecuje producent, po nałożeniu na bazę podkładu twarz była maksymalnie wygładzona, całkowicie inna jakość (jakkolwiek dziwnie to brzmi, tylko te słowa według mnie opisują to co mam na myśli;)), zero suchych skórek i dużo mniej widoczna porowatość skóry oraz drobne zmarszczki, które niestety mam i ja. Przewiduję, że nadchodzi czas kiedy żaden mój makijaż nie obejdzie się bez tej bazy :) Nie zauważyłam znacznego zmatowienia cery (a przynajmniej nie po nałożeniu podkładu), co akurat mnie cieszy, bo ostatnio wolę efekt nawilżenia i rozświetlenia.



2. Hello Body Coco Wow Pink Clay Mask

Czyli maska z francuską różową glinką i kaolin. Oczyszcza i absorbuje z twarzy wszystko co złe, czyli wszelkie zanieczyszczenia i sebum. Uwielbiam maseczki oczyszczające, zdecydowanie częściej używam ich niż nawilżających i ta, razem z maską węglową Origins którą pokazywałam Wam ostatnio, są zdecydowanie moimi ulubieńcami w tej kategorii. Po zmyciu skóra jest niewyobrażalnie miła w dotyku, gładka, oczyszczona, a maska pachnie po prostu obłędnie! To kokos, ale nie taki zwyczajny, bo w tym przypadku maskę chce się po prostu zlizać z twarzy :) A dla Was, jeśli macie na oku jakiś produkt Hello Body, mam kod zniżkowy - na hasło "JUSTYNALIS20" -20% na wszystkie produkty w koszyku! ;)



3. Origins Blooming Bold Sweeter than Honey Lipstick

To będzie chyba moje odkrycie roku jeśli chodzi o kolorówkę - odkąd pamiętam szukam idealnej pomadki w kolorze nude, przetestowałam oczywiście mnóstwo różnych i nie mogłam znaleźć takiej, która nie odznaczałaby się od mojego koloru skóry. Większość jest albo za ciemna, albo za jasna, albo zbyt różowa, albo zbyt brązowa. Aż pewnego dnia przyszła do mnie przesyłka od marki Origins z 24 (!!!!) pomadkami nowej kwiatowej kolekcji Blooming Bold i odkryłam odcień idealny, czyli Sweeter than Honey. Przepiękny nudziak, praktycznie w kolorze mojej cery, o nawilżającym wykończeniu i bardzo dobrym kryciu. Miłość, po prostu. Jeśli szukacie idealnego beżu na usta to koniecznie spróbujcie!



4. Tołpa Dermo Face, Physio, Płyn micelarny do mycia twarzy i oczu

Mój numer 1 w kategorii płynów micelarnych - używam go już od dawna i żaden inny kosmetyk do demakijażu nie potrafi go przebić! Z łatwością zmywa absolutnie każdy makijaż, trwałe i ciężkie podkłady, wodoodporny tusz - no po prostu wszystko. Dodatkowo jest delikatny dla skóry twarzy, nie podrażnia i jest bezwonny. Dla mnie to geniusz, a kolejnym plusem jest niska cena. Prześledziłam z ciekawości opinie na jego temat w Internecie i jestem w ogromnym szoku, bo sporo z nich to całkowite przeciwieństwa moich odczuć. Niemniej, zważywszy na niską cenę polecam sprawdzić! PS.: Ten płyn micelarny z Tołpy to pierwszy krok jeśli chodzi o mój demakijaż, resztki zawsze domywam moją ulubioną pianką Jowae. 



5. Korff Lifting Eye&Lip Contour Cream

Czyli liftingujący krem do pielęgnacji skóry pod oczami i wokół ust. Ma u mnie ogromnego plusa za delikatność - w końcu wspomniane okolice wymagają specjalnej pielęgnacji i ostrożności przy tym. Pachnie bardzo delikatnie i działa niezwykle kojąco - skóra po nałożeniu jest gładka i rozświetlona, a sam kosmetyk dzięki lekkiej konsystencji bardzo szybko się wchłania. Rzeczywiście okolice oczu i ust wydają się być dużo bardziej jędrne, a pokładam nadzieję, że za jakiś czas i moje maleńkie zmarszczki mimiczne staną się płytsze. :) Nakładam go codziennie wieczorem i kiedy pamiętam także rano. PS.: Na hasło "justynalis" macie -10% na produkty marki Korff!



6. Embryolisse Intense Smooth Radiant Complexion

Kuracja wygładzająco-rozświetlająca Embryolisse, czyli krem nadający efekt promiennej twarzy to moja miłość od pierwszego użycia! Kosmetyk jest bardzo delikatny, widocznie wygładza cerę i pozostawia po sobie lekki, napinający filtr. To mój hit jeśli chodzi o poranną pielęgnację (najczęściej używam go jako bazy pod makijaż) oraz dni kiedy nie mam ochoty nakładać podkładu - świetnie go zastępuje, utrzymując cerę w świetnej kondycji! Twarz wygląda na wypoczętą i zdrową, a ja kocham efekt rozświetlenia!



7. Embryolisse CC Cream

W zeszłym roku ukochałam sobie krem BB marki Borujois, w tym po raz kolejny przepadłam dla kryjącego kremu francuskiej marki, tym razem Embryolisse CC Cream SPF20. Coś co wydawało mi się nieosiągalne czyli maksymalne krycie, które uwielbiam i konsystencja oraz nawilżenie kremu to dla mnie dwie główne cechy wspomnianego kosmetyku. Produkt nakłada się bardzo łatwo (ja używam do tego gąbki jak w przypadku podkładu), a twarz wygląda na nieskazitelną i maksymalnie rozświetloną. No i to krycie! Krem występuje w jednym odcieniu i według producenta dopasowuje się do unikalnego koloru skóry, ale to traktowałabym raczej z małym przymróżeniem oka - u bladziochów raczej się nie sprawdzi. Czuję, że tego lata nie będę się z nim rozstawać!




A jakie jest Twoje kosmetyczne odkrycie kwietnia?


Za granicą karierę zaczynały robić już w zeszłym roku. Do Polski trend na sandały na obcasie z paskami wszedł niepewnym krokiem tej wiosny, ale czuję, że nadchodzi na nie prawdziwy hype! Zdecydowanie nie są to buty dla osób, które nie przepadają za pokazywaniem stóp - w ich przypadku  poza podeszwą zakrywają je wyłącznie cienkie paski ;) Takie sandały pierwotnie pojawiły się najprawdopodobniej u marki The Row - domu mody założonego przez siostry Olsen. Swoją wersję zaprezentowała również australijska marka By Far, a później najpiękniejsze dla mnie wydanie ukazało się w domu mody Céline. Obecnie sandały z paskami na obcasie zaczynają być dostępne również w sieciówkach - modeli jest całkiem sporo, a znaleźć je możecie między innymi w Zarze, Mango, Bershce, czy Stradivariusie. Żeby ułatwić Wam łowy, przygotowałam przegląd wybranych przeze mnie modeli, na którym sama zamierzam wkrótce skorzystać. ;) Enjoy!
jak nosić trencz, trencz stylizacje, prochowiec, czapka typu bucket, bucket hat, beżowy trencz, orsay trencz
    
Wiosna to u mnie czas spełniania marzeń - tych ubraniowych również ;) Dlatego z dumą ogłaszam, że moja kolekcja trenczy powiększyła się o egzemplarz, który (czuję to w kościach;)) będzie moim nowym ulubieńcem! Widzicie same, że prochowce to moja ogromna miłość, a wiosna jest do nich wprost stworzona. Trencze są eleganckie, turbo uniwersalne (no do czego mogłyby nie pasować?), można stylizować je na milion sposobów i tworzyć zarówno klasyczne, jak i bardziej awangardowe stylizacje (chociażby dobierając do płaszcza neonowy golf i białe kowbojki). Ja dziś postawiłam na klasykę, przełamując ją niekoniecznie oczywistymi dodatkami - i o tym zaraz!
powiększanie ust efekty, powiększanie ust kwasem hialuronowym przed i po, zabieg powiększania ust, powiększanie ust opinie, usta po kwasie


Nie macie pojęcia jaka jestem podekscytowana, że w końcu nadeszła pora na podjęcie tematu, na który czekałyście (i ja trochę też!) miesiącami! Myślę, że nie skłamię pisząc, że nie było miesiąca kiedy nie dostałam co najmniej kilkunastu pytań o usta - czy je powiększałam, a jeśli tak to gdzie, ile to kosztowało i czy polecam. Nigdy nie ukrywałam, że poddaję się zabiegowi powiększania ust - nie widzę nic złego w samym zabiegu, ani tym żeby mówić o nim wprost. W końcu medycyna estetyczna przeszła już do porządku dziennego i podobnie jak makijaż, wizyta u fryzjera czy w salonie manicure pomaga nam wyeliminować kompleksy i poczuć się ze sobą lepiej. Poza tym - nie dałoby się Was oszukać - na moich profilach społecznościowych wciąż widnieją fotki z ustami a'la przecinek. :D Medycyna estetyczna jest według mnie czymś naprawdę super i choć zdaję sobie sprawę, że w jakimś stopniu przyczynia się do kultywowania idealności, to irytuje mnie kiedy ktoś krzyczy, że powiększanie ust jest be. Szczególnie kiedy ta sama osoba ma paznokcie o długości trzech centymetrów i jeszcze dłuższe, doklejone rzęsy. Nie żebym miała coś przeciwko takim rozwiązaniom, bo nie mam. Po prostu nie lubię tej wszędobylskiej hipokryzji. :)

Zanim zabrałam się za pisanie tego posta, wiedziałam że przede mną trudne wyzwanie - a przynajmniej trudniejsze niż zwykle. W lutym i marcu miałam okazję testować sporo produktów i odkryłam takie, które pewnie zostaną ze mną na długie miesiące. Ostatnio naprawdę mocno skupiam się na pielęgnacji twarzy i są już tego pierwsze efekty - nie pamiętam kiedy moja cera była w tak dobrej kondycji jak teraz! Jest o wiele bardziej jędrna, gładka, jasna - koloryt wygląda na wyrównany, rzadko martwię się wypryskami, bo praktycznie się nie pojawiają. Poradziłam sobie też z nadmiernym sebum, więc i na świecący nosek nie muszę się skarżyć ;) Ale koniec już moich pielęgnacyjnych opowiastek - przejdźmy do konkretów czyli marcowych Beauty Essentials!



1. EOS Cooling Chamomile
Mówiłam o tym już na Instagramie, napiszę i tutaj - nie wyobrażam sobie życia bez ochronnych balsamów - jeśli nie mam na ustach jakiejś kolorowej pomadki czy błyszczyka, zawsze, ale to zawsze mam na nich coś turbo nawilżającego! Przez lata moim ulubieńcem był miętowy EOS, a po wejściu na rynek nowej kolekcji EOSów inspirowanych cechami charakteru, nagminnie używam Cooling Chamomile. To chłodzący i mocno nawilżający balsam do ust z mentolem, aloesem i rumiankiem - dla miłośników wersji miętowej będzie jak znalazł. Fun fact - mi i P trochę zalatuje on arbuzem (kocham wszystko co arbuzowe!), mimo że zapach i skład nie mają z nim nic wspólnego. Po nałożeniu balsamu wieczorem, nazajutrz rano usta są mięciutkie i rozpustnie gładkie!



2. 4 kroki pielęgnacji Jowae
Wybaczcie ten zagadkowy tytuł, już wyjaśniam o co tu chodzi! W marcu miałam przyjemność współpracować przy kampanii promującej 4-etapową pielęgnację francusko-koreańskimi fitokosmetykami (kosmetykami naturalnymi) marki Jowae i totalnie przepadłam. Sam rytuał składa się z czterech kroków - oczyszczanie, przygotowanie, aktywowanie i korekta. A po polsku, wygląda to tak - wieczorem makijaż zmywam na sucho przy pomocy olejku, później już na mokro resztki makijażu pomaga domyć mi delikatna pianka, następnie mocno nawilżający koncentrat i na sam koniec lekki krem. Podobnie wygląda pielęgnacja poranna, z tym że twarz przemywam samą pianką, a koncentrat na noc zamieniam na taki "dzienny". :) Cały ten rytuał jest dla mnie zbawienny z dwóch powodów, po pierwsze - moja cera naprawdę odżywa - jest miękka, jędrna, rozjaśniona i na maksa odżywiona, czuję się w niej po prostu świetnie, a po drugie - taka dokładna i staranna pielęgnacja to ukłon w stronę dbania o siebie. Dzięki temu jestem absolutnie rozpieszczona przez samą siebie i taka... zaopiekowana :) To może brzmieć śmiesznie, ale poświęcanie sobie więcej czasu naprawdę dobrze wpływa na samopoczucie! :) A kosmetyki są genialne.



3. Isadora Perfect Moisture no 47
Moja nowa miłość w kategorii pomadek - mocno nawilżająca pomadka od Isadory z woskiem candelilla, pantenolem i witaminą E w składzie. Produkty Isadory to bezsprzecznie jakość, ale i tak nie do końca dowierzałam, że pomadka o formule nawilżającej może być trwała. Może! Miałam ją na ustach już kilkukrotnie (między innymi w Walentynki;)) i za każdym razem spisała się na piątkę z plusem. Cieszę się, bo jak dotąd byłam wierna kultowej Russian Red MAC, ale to stuprocentowy mat, a mi zdecydowanie brakowało czegoś o lżejszym wykończeniu.  Swoją drogą kolor Summer Red (47) jest mocno zbliżony do wspomnianego odcienia MAC. 



4. Origins Clear Improvement Mask
Jak dotąd mój ulubieniec wśród masek Origins, które miałam okazję testować. Clear Improvement to mocno oczyszczająca maska z węglem drzewnym, białą glinką i lecytyną - jest zbawieniem przy skórze trądzikowej, ale i takiej która zwyczajnie potrzebuje oczyszczenia. Nakładam zwykle grubą warstwę i pozostawiam do całkowitego wyschnięcia, potem spłukuję letnią wodą (ostrzegam, że to wcale nie takie proste - brudny zlew w łazience gwarantowany, ale warto!) i cieszę się gładką i widocznie rozjaśnioną cerą. Kolejny plus - maska w ogóle mnie nie wysusza, ani nie muszę się martwić ściągniętą skórą. 



5. Korff Hydro Radiance Moisturizing Sorbet
Absolutnie genialny hiper nawilżający krem-sorbet marki, która dopiero stawia pierwsze kroki w Polsce - Korff Milano. Jestem zakochana w jego lekko żelowej formule, idealnym wchłanianiu i naprawdę turbo mocnym nawilżeniu i rozjaśnieniu, no bo właśnie, produkt jest także po części rozjaśniający. Mi służy przede wszystkim jako baza pod makijaż - nakładam go rano i nie muszę się martwić o widoczne po aplikacji podkładu suche skórki, czy drobne zmarszczki. 
ramoneska stylizacje, czarna ramoneska, stylizacje z ramoneską

Oto jak działa na mnie słońce w połączeniu z wizją zjedzonej niebawem pizzy! ;) To była ta piękna, słoneczna niedziela i 19 stopni na zewnątrz - połowę dnia przechodziłam w krótkim rękawie, a radości nie było końca! Chciałam tego dnia stworzyć coś, w czym główne skrzypce zagra moja ulubiona czarna ramoneska z Orsaya, ale jednocześnie nie chciałam żeby look wydawał się rockowy - nie do końca moje klimaty, albo przynajmniej nie w przypadku tej kurtki. No i wpadło mi do głowy połączenie niezbyt oczywiste i mocno ryzykowne - zestawienie czarnej ramoneski z klasycznym, trochę francuskim lookiem - prostymi jeansami, t-shirtem i apaszką w grochy na szyi. A zamiast botków, żeby jak wspomniałam nie zawiewało rockiem, duże, białe sneakersy z Renee. Co powiecie? :)